niedziela, grudnia 28, 2008

chloł szoł

jest niedziela, chyba? właściwie to lepiej dla mnie by było, żeby nie był to poniedziałek - bo w domu siedzę, wygodnie na kanapie a w poniedziałek to ja nie mam tak lekko.
no dobra przyjmijmy, że jest to niedziela. zakładając, że wczoraj była sobota -czego jestem pewien - to dziś po przespanej nocy powinna być niedziela. i zapewne tak jest. no chyba, żebym pospał zdziebko dłużej. a rano obudziłem się z przeświadczeniem, iż troszku pospałem.
hmm... i fałszywa pobudka była, tyle, że poza dziwną świadomością dziś nie wiele wniosła w moje teraz.

piorę bo święta były i wyjazd z kumplami się udał. skończyliśmy się alkoholem bezlitośnie i żadni niemamocni by nie pomogli zapanować nad pierwotnymi instynktami, które przez nas przemówiły. po całym dniu refleksji dochodzę do wniosku, że warto. świadome wyzbycie się własnego ego zatrutego całymi latami wychowania powoduje, że na chwilę upojenia stajemy się obdarci ze wszelkich skamieniałości cywilizacji być może właśnie w tych krótkich chwilach stajemy się... sobą!?. byle nie za często. bo strasznie to szarpie człowiekiem, i nie których głowa boli i żołądek z racji czego co niektórzy są w kropce. ale to nie moja kropka, hihi.

fantastycznie, dzięki chłopaki
kubie, tomie, stefanie oby starczyło motywacji na kolejne wypady za miasto

czwartek, grudnia 25, 2008

no, bo nie ma to! jak to?

spotkałem się z wieloma, z całą resztą przez przypadek. dwoi się i troi w oczach więc nie przeciągam. było, a jakże, pewnie nawet miło - zdążyłem się nastukać zanim do mnie to dotarło. Perło, brakuje mi Ciebie, przytuliłbym się i już. I ptyśka z kremem bym z Tobą posmakował. dobranoc

środa, grudnia 24, 2008

pożyczka na wysoki procent

chciałbym wszystkim pożyczyć w te święta wesołości i spokoju w rodzinnej atmosferze.
p.s.
tylko proszę w miarę możliwości szybko oddać.

wtorek, grudnia 23, 2008

o tym jak o mało co nie rzuciłem palenia

zaczęło się niewinnie - jak wszystkie tego typu historie. no bo święta, to i prezenty. prezenty to znaczy nic więcej jak zakupy. a zakupy świąteczne - no cóż mogę powiedzieć - horror. najzabawniejsze jest to, że im bliżej świąt, tym poziom grozy rośnie. ale po kolei.

postanowiłem sobie, iż załatwię sprawę w jeden dzień. honorowo.
przygotowania trwały trzy dni. w końcu się wziąłem zebrałem w sobie i rura w miasto zaraz po pracy. jednak zanim skończyłem pracę oświeciło mnie. no bo oczywistą oczywistością jest to, że narodu w sklepach będzie do oporu, więc i ścisk przeokropny. a ja lubię mieć odrobinę przestrzeni życiowej wokół siebie, no to pomyślałem - dzień dziecka dziś wychodzę bez prysznica!

no, to jak pomyślałem, tak zrobiłem.
kilka minut po 16 siedziałem w furkoczącym aucie kumpla z pracy i waliłem 90kaemów na godzinę, w kierunku strefy zrzutu. nie minęło 25min i już stałem na jednym z miejskich skrzyżowań z dużym plecakiem na plecach
lekko zalatując dniem pracy.
zaopatrzony w dość szczegółowy plan operacyjny, postanowiłem akcję pod kryptonimem 'szopfinkg' rozpocząć kulturalnie. po cichu liczyłem, że w tym miejscu się cała akcja zakończy.
empik, bo te drzwi otworzyłem jako pierwsze. zbliżając się do wejścia, czujnie mierzyłem wzrokiem ruch przed głównymi drzwiami. i miło się zaskoczyłem, ponieważ poruszenie sugerowało zwykły dzień dla empiku. jednak po przekroczeniu bramki antykradzieżowej, która notabene w tym momencie powitała mnie wyjąc szalenie, chyba tylko po to, aby zwrócić uwagę klientów na moją skromną osobę. a było ich co nie miara. nie myśląc długo podniosłem rękę, machając powitalnym gestem do zdumionych twarzy, które po krótkiej chwili konsternacji wróciły do swoich zajęć. uff...

wejście było za mną, przede mną różnej wielkości i maści produkty, krzyczące swoją kolorowością, że to właśnie po nie przyszedłem. jednak twardy z natury jestem, więc nie dałem się omamić wrzaskom.

miałem plan, silną wolę, kilkadziesiąt metrów kwadratowych sklepowej przestrzeni ograniczonej przez kilkaset osób poruszających się pomiędzy regałami w zawsze niespodziewany sposób. ale miałem coś jeszcze; roboczy zapach (działał olśniewająco dobrze) i wiarę, że to, po co przyszedłem znajduje się na poziomie minus 1 w 4 regale na 19-tej pozycji od ściany. i znalazło się, tylko nie tam. półtorej godziny, bieganiny w temperaturze, która z chwili na chwilę nie wiedzieć dlaczego, rosła. ale twardy jestem, więc ulany potem, spragniony wodopoju, walczyłem z chaotycznie poruszającym się tłumem i z zapachem, który już nawet zaczął mnie po trosze odrzucać. wreszcie z wyglądem przypominającym maratończyka na skraju wyczerpania, dotarłem pod kasy. i tu bez niespodzianek. plan zadziałał po raz kolejny. kilka minut, bezlitosnych spojrzeń i stałem z produktami w świątecznych reklamówkach. z rachunkiem w portfelu udałem się w kierunku wyjścia, ale o dziwo bramka tym razem postanowiła pożegnać mnie milczeniem.

jednak się zdekoncentrowałem z tego gorąca i nie znalazłem dla wszystkich wszystkiego co chciałem. że było przy wieczorze już, postanowiłem do tescovalue się udać. jeszcze większa przestrzeń, pewnie tyle samo ludzi co wcześniej, ale się rozłożą miałem nadzieję. oczywiście, nadzieja poszła się widocznie kochać, bo i owszem rozkładali się ludzie, ale śmierdząco. to ja przy tym po całym dniu ciężkiej pracy jak fiołek byłem. ble, ble, tfutfu, brrr.

pomyślałem, że muszę koniecznie zastaną atmosferę odświeżyć, więc postanowiłemsobie jakieś gumy kupić, bedzie mi miętowo, arbuzowo, anyżkowo - to jakoś to zniosę. a tu pierwsza niespodzianka. zbliżając się do stoiska z gumami, które notabene mieści sie przy kasach wypełnionych żywą kolejką, dopadły mnie jakieś bląd efiny z promocją!! na gumy nicoret czy jakoś tak. ja mówię, że i owszem mam ochotę porzuć gumę ale miętową, a z paleniem problemów nie mam, palę bo lubię i tylko jak mi się zachcę. to odrazu, że jakiś test mam rozwiązać. ja że nie potrafię, naukowo stwierdzona u mnie niezdolność do rozwiązywania tego typu zadań. nie rozumiem tego, ale faktem stało się, że jestem nałogowym palaczem z 40 letnim stażem, bo przecież elf blądyna omało co się nie rozpłakała, gdy odchodziłem, to się zlitowałem i rozwiązałem test. ano święta.
więc wpadłem, pełen nerwów w regały z pełnymi kieszeniami gum do żucia z nikotyną, czy czymś co jest podobne do nikotyny. no to żuję, skoro już mam. w smaku są podobne zupełnie do niczego i żuję kombinując co to za smak i idę, idę, idę... i tak po 4 gumie, 2 kółku doszedłem... ale do wniosku, że się w koło kręcę i nie wiem dokąd iść. i jakby tego było mało, dokładnie w tym momencie zauważyły mnie inne bląd elfiny i szturmem na mnie. chyba się dowiedziały od tej antynikotynowej, że mięka buła ze mnie i można mi wcisnąć wiele promocji.
i zaczęło się. każdy produkt lepszy od poprzedniego, a każdy kolejny bardziej potrzebny od tlenu, którego właśnie zaczęło mi brakować. więc zacząłem wiać czym prędzej, zmieniając co chwila kierunki biegu, rzucając się pomiędzy regały chaotycznie wybierając coraz to kolejne ścieżki. rozumiecie teraz ten chaos, o którym pisałem wcześniej?
oczywiście aby zachować pozory spokoju, podczas mojej ucieczki wrzucałem do koszyka co popadnie. i nagle okazało się, ze mój plecak ze stelażem już jest niewystarczający. ale dokładnie w tej chwili zza zakrętu wyłonił się dział podróżny i wielka półka z walizkami na kółkach. no to wziąłem. a co mi tam - przyda się - pomyślałem.
w między czasie na dziale z podpaskami opróżniłem kieszenie z gum, bo zrobiłem się po nich taki nie swój, że niby mdlący, no na żyganko mnie brało. przebiegłem jeszcze przez dział nabiału w celu zapojenia dziwnej niestrawności jaogurtem z "armią żywych baterii" i znalazłem się pod kasami. odbyło się bez przygód.

w domu okazało się, że w tym chaosie nie wpadło mi w ręce nic czego by nie było na mojej liście. oczywiście dalsze pozycje, ale te z czołówki załatwiłem wcześniej. ogólnie dzień udany, szalony, bo jakże inaczej. Tak jakby dopełniając chwilę zapaliłem fajka, otworzyłem browara (zawieruszył się w którejś z komór walizki na kółkach) i już w pełni szczęścia powiedziałem do siebie "znowu Ci sie udało, faarciarzu!"

no bo przecież, człowiek nie na darmo wiąże swoje życie z czarownicą.

wszystkiego najlepszego Perło

niedziela, grudnia 21, 2008

Życie na szczycie

Bez wahania strzał po strzale,
sześć kul w powietrzu wirując mknie,
wszechmogący łaskawie doniósł do celu,
zmieniając ciąg następujących po sobie zdarzeń.

Strzałów sześć, wielomilionowa żałoba
w szarością okrytym kraju,
skąpany w niebieskim świetle okien,
przemykam słysząc, do poduszek kierowany lament.

Czy żałuję zbrodni doskonałej?
(przecież, wielu od lat planuje tak samo.
Sześć celów zakreślić, wypełnić się wiarą)
Na zawsze odmieniła moje postrzeganie.

Krótka seria, od nowa buduje moje życie,
zmiana perspektyw, trwanie w przesycie.
Szybkie samochody – brak czasu na teraz,
czy aby na pewno zostałem szczęściarzem?

piątek, grudnia 19, 2008

nocne tramwaje

gabinet. na wprost drzwi, ikeowskie stylizowane na dębowe biurko z trudem utrzymywanym porządkiem na blacie. za biurkiem dumny siebie facet w białym kitlu, gdzieś po pięćdziesiątce i bez humoru. za facetem na ścianie, po lewej stronie okna z dumą rozwieszone etapy wejścia na obecne stanowisko. na lewo od biurka, pod ścianą skórzana kozetka, z jednonogim okrągłym stoliczkiem i stylowym krzesłem w nogach. po prawej wiktoriański kredens wypełniony fachową literaturą medyczną. jakieś ozdoby. całość tworzy sympatyczny obraz jednak poszczególne elementy zupełnie do siebie nie pasują.
pukanie do drzwi, dumny facet podchodzi, otwiera, wita się z gościem. na drzwiach od zewnętrznej strony wiesza na klamce hotelową ulotkę informującą o chęci zachowania spokoju. zamyka drzwi podchodzi do biurka.
- wie pan? jechałem tramwajem.
- o czym pan do mnie chcesz powiedzieć. dobrze pana znam i wiem, że to nie będzie łatwa rozmowa. więc proszę nie owijaj pan i oszczędź mi zbędnych opisów i metafor i wyduś to z siebie wreszcie.
- hola panie starszy, no co pan tak bojowo ja tu z miłością braterską do pana, porozmawiać, wypytać i może wreszcie - a może właściwie tylko w tym celu -zrozumieć, a tu proszę, że farmazony? no nie zamykam się w sobie!
- no dobrze już dobrze, podły nastrój dziś mam, ale coś widzę, że dzięki panu zaraz mi się poprawi. więc co z tym tramwajem? właściwie to nawet zaciekawił mnie pan, więc proszę - obiecuję nie będę przerywał.
- ale z pana szelma! jednak przeszedłem się wygadać więc się wygadam. i w dupie mam pana nastrój i to czy pana nudzę. jestem tutaj ponieważ zostałem skierowany do pana z urzędu, więc jak sam pan rozumie, muszę tu być! więc nie ma co się obrażać drogi panie, załatwmy to jak najszybciej, podbije pan kolejny kwitek i jeszcze jeden i jeszcze, aż w końcu ostatni wytłuści się pana wyedukowaną pieczątką i już nigdy więcej się nie zobaczymy. i proszę mi uwierzyć, oboje będziemy szczęśliwi.
- nie byłbym tego taki pewien.
- co pan tam szepcze pod nosem?
- nie, nie nic takiego. tak sobie coś w pamięci gmeram.
- wie pan co, może mi pan tu nie pierdolić farmazonów! ja wszystko wiem. wiem, że z pana chuj a nie specjalista, że pan jest tu na odsłudze, więc jakby na to spojrzeć pod tym kątem to jestem panu potrzebny.
- pan mi potrzebny? no bez przesady, nie pan to inny. zachwianych mamy na pęczki, widział pan poczekalnię - pęka w szwach i śmiesz pan jeszcze twierdzić, że jestem od pana uzależniony? haha to mnie pan rozbawił hihihi.
- wie pan co jakoś po mnie spływa pańska reakcja. jak już wcześniej wspomniałem z pana chuj a nie specjalista. wiem, że z żoną się panu nie układa, dzieci pana nienawidzą i nawet porządnie kochanki nie potrafi pan przelecieć - z czego zresztą też same kłopoty na pana spływają. tak, tak pan lepiej usiądzie, jeszcze nie skończyłem. wygodnie, panu? o! idealnie położył się pan. dobrze, widzę, że panu wygodnie. ale niech już pan zamknie usta bo mucha panu wleci i nasra na język, a jak pan już wie, nie jest to przyjemny smak. może wódeczki, na poprawienie krążenia?
- ukhm, jakiej wódeczki na służbie nie piję.
- no skoro pan tak twierdzi, to nie będzie miał pan nic przeciwko, jeżeli się poczęstuję tym co 3ma pan w biurku w lewej dolnej szufladzie?
- skąd pan wie! do diaska, kim pan jest!?
- jakbyś panie się koncentrował na służbie a nie ukradkiem pociągał wódzi, to byś pan wiedział po co się tu znalazłem i kim jestem.
- przecież wiem co robię, mam notes. z każdej sesji robię sobie notki, postępuje zgodnie z zasadami.
- z zasadami? notatki? no to mnie pan rozśmieszył. pan tą stertę makulatury z zapisem swoich erotycznych marzeń nazywa zapiskami z sesji? to się uśmiałem.
- pan jest szalony o czym pan mówi, proszę natychmiast opuścić mój gabinet. zaraz, co pan robi, nie proszę tam nie zaglądać! halo, proszę! do jasnej cholery błagam pana, niech pan to zostawi! proszę..
- dobrze, pan już się nie maże. chcę tylko zwrócić uwagę na mój tramwaj.
- do cholery jaki tramwaj?! kim pan jest?
- niestety, muszę już kończyć. pański czas, dla mnie już się dziś kończy. proszę podbić swoją tłustą pieczątką mój kwitek, zobaczymy się za tydzień. i zanim poprosi pan kolejnego jegomościa, pan się doprowadzi do porządku, trochę się pan umazał i wygniótł z tych nerw. pan się nie denerwuje, nie będę pana szantażował pańskimi tajemnicami. proszę mi uwierzyć, pana grzeszki są naprawdę bardzo naiwne i niewinne. na koniec coś panu jeszcze powiem. kojarzy pan swoją sekretarkę?
- panna karolina, co z nią?
- wiem, że się panu opiera a pan z miłą chęcią urzeczywistnił by z nią chociaż część swoich notesowych zapisków.
- jak pan śmie! pan mnie obraża!
- to co spojrzeć mam w notesik?
- nie, nie! niech pan tego nie robi, ma pan rację zły ze mnie człowiek!
- nie to nie z pana jest zły człowiek, pan się zagubił. jednak wróćmy do sekretarki...
- karoliny, no tak...
- ma na imię karol. do widzenia.

dosiadając muszych skrzydeł

czas jakoś tak odpływa w niepamięć kolejnego "teraz", więc powoli do snu należaloby się poskładać. i pralka się naprawiła i farba w sklepie miała być i co prawda do końca się nie udało, ale wycieczka zkończyła się pełnym sukcesem okupionym 2 kilogramami pierogów z (na przemian) mięsem i ruskich. a co, tam! że wigilijnie, nie?! i zaczęło sie kucharzenie pełną gębą a raczej pełnymi oczami łez - no bo jak zjeść pieroga bez smażonej cebulki. więc było żewne płakanie nad warzywem, poddanemu egzekucji tępymi narzędziami katów w postaci rąk uzbrojonych w ostrze. no ale jadło też było przednie - na miarę wieczerzy!

najwyższa pora wsiąść w 'ostatniej nocy tramwaj'. musze skrzydła brzęczą nad uchem, oddalając w niepamięć nocy dzień. dobranoc

niedziela, grudnia 14, 2008

...a oczy jej, ze skrzydeł motyli utkane

za mało we mnie jest słów, żeby opisać świat, w którym się teraz znajduję. wszystko co wokół, po krótkiej chwili kontemplacji ukazuje całą doskonałość w swojej nieskończoności. nagle wszystko pokazuje mi się nie jako byt charakteryzowany przez jakieś uwarunkowania społeczno - logiczne, a bardziej jako doskonała ciągłość następujących krótko po sobie, niekończoncych się zmian. nie potrafię tego lepiej określić, ale z drugiej strony nie mam nawet takiej potrzeby. zupełnie niecodziennie się dziś czuję. naładowany pozytywną energią spełnienia, ze świadomością harmonijnego jej przepływu przez całe ciało - podobnie się czuję, jak przed oczami rozpościera mi się widok delikatnych opuszczających kokony motyli w pierwsze letnie dni wiosny. sama świadomość tego, że lada chwilę wypełnią swoje wzorzaste skrzydła promieniami słońca i odfruną zdane na łaskę i niełaskę wiatru sprawia, że mój oddech staje się pełniejszy.

środa, grudnia 10, 2008

nie ma jak w domu

padam na twarz, tudzież bardziej potocznie - na ryj, zresztą nie ważne jak zwał i tak się obtłucze, bo przecież ziemia z gruntu jest twarda, a posadzka tym bardziej. więc się chyba położę, żeby uniknąć wtulenia w podłogę. chociaż z drugiej strony ile osób może się pochwalić tym, że zabłądzili we własnym pokoju w drodze do łóżka i spędzili noc na glebie z paneli, desek, parkietu czy czego tam sobie chcecie, a w bardziej skrajnych stanach wyczerpania - nawet na parapecie? glebę już ćwiczyłem, nawet kilka razy z rzędu. zabawne jest to, że to wystarczyło aby odnaleźć swój ulubiony kawałek podłogi, bez którego się już nie wyśpię. więc jak już się zglebię u się na włościach to prędzej czy później wyląduję na parkiecie tuż obok łóżka, bez względu na to gdzie bym się złożył pierwej. a parapety, no cóż jeszcze wszystko przede mną. będąc mały, byłem za mały aby się na nie wspiąć, później tak jakby z różnych przyczyn zapomniałem o nich, ale teraz na nowo myślę o śnie na parapecie. koniecznie muszę o tym pomówić z moim architektem od wnętrz, coby uwzględnił jakiś szeroki wygodny parapet dla mnie i snu, w moim domu marzeń.

niedziela, grudnia 07, 2008

fenomenalnie odjechane

perła twierdzi, że się smucę i wysuwa wniosek kolejny, że niby mój stan psycho-fizo jest ściśle związany z jej osobą. no to się na wszystkie strony gimnastykuję, żeby te definicje z głowy perły usunąć - bo nie ma racji. lubię perły, a tą jedyną w szczególności.

a los prześmiewca wiąże nasze drogi ze sobą coraz bardziej z czego jestem bardzo rad

ale faktem jest, że jestem jakiś spłowiały. jednak wynika to tylko i wyłącznie z tego permamentnego braku śniegu. kurwa mać!! nawet mikołaj nie dojechał bo jebane sanki się zatarły na piachu, asfalcie czy chuj wie czym, ale bynajmniej nie na śniegu - bo go brak! a lubię jak zimą jest śnieg, a latem słońce, a nie takie niewiadomochujwieco. ja jebie ale mnie się na klnie jasna cholera, babcia kochana się pewnie w grobie przewraca. raz na jakiś czas wolno, co?

a zresztą należy mi się - wszystkim się należy, no bo jak inaczej w kontrolowany sposób rozładować potencjał zła językowego? Więc w wolnych chwilach jak nikt nie patrzy i nie słyszy rzućcie kilkoma kurwomaciami, tychujami, jaciepierdolami, i co tam jeszcze do głowy przyjdzie, a łatwiej będzie wam dostrzec piękno naszej polskiej mowy.

p.s.
kuuurrrrrWaaaa maaaać!!!

sobota, grudnia 06, 2008

przed - w trakcie - po

tydzień się zwlekł i tu week nastał. nie ma lekko tym razem. jeden egzamin był i się w przód wziął udał. teraz czas na piwko - zasłużyłem ;) dokończę po powrocie, jak zdołam hihi


no i już!
weny brak, więc sam nie wiem co dopisać. położę się i książkę poczytam - brakuje mi intelektualnej rozrywki chyba. ostatnio dużo za dużo się dzieje w moim życiu i tak jakbym tego nie ogarniał. ale głowa do góry - mam świadomość tego, że teraz pracuję na to co nastąpi. a co to będzie? - może paść pytanie. no cóż, tego to i nawet najstarsi górale nie wiedzą.

i na koniec jeszcze nie omieszkam dodać;
padło w trakcie jednej z wielu rozmów określenie - katalizator.
jestem zdecydowanie pewien, że właśnie czegoś takiego potrzebuje, aby wyswobodzić swoje myśli. no to co? no cóż, wciąż jego szukam ;)


środa, grudnia 03, 2008

nosi-sennie-cie

dziś jestem nieswój. chodzi coś za mną i chodzi. odwracam się i niczego ani nikogo za sobą nie dostrzegam. no i tak to trwa i trwa. zaliczyłem sklep w nadziei, że coś tam odnajdę i co, ano nic! wyszedłem z jednorazówką po brzegi wypełnioną rzygaczami. czym są rzygacze. no cóż, czipsy, batony, żelki i obowiązkowo browar, coby łatwo przez rurę przechodziło - poślizg musi być. więc jak się po tym wszystkim nie wyrzygam, to już na pewno będę zaniepokojony.

a wirus? tak jakby już sobie poszedł. chociaż wciąż dostrzegam jakieś anomalie w działaniu sprzętu, ale to chyba fobia jest.

ostatnio zatrzymałem się w pisaniu. od jakiegoś czasu nic mi przez pióro nie przeszło. szkoda, bo czuję ogromną potrzebę ale jakoś kiepsko idzie jak naciskam, więc odpuściłem i czekam... czekam... czeeekaaaam... i już to czekanie stało się dla mnie jak odchodząca fototapeta ze ściany - co najmniej niezręczne. no ale co, czekać będę, może właśnie teraz jak się porzygam to mi się wszystko w aparacie pisarskim rozwiąże. Liczę na to i wierzę, że właśnie tak będzie. Poza tym śniegu brak, ale zimowo za oknem więc może pora ułożyć pióra do zimowego snu?

wtorek, grudnia 02, 2008

Małe jest piękne

BUM! szast i prask i koniec kropka! tak to się zaczyna, a tak właściwie to o czym ja piszę? ano złapałem jakiegoś gównianego wirusa i od dwóch dni walczę z kupą. A śmierdzi niemiłosiernie. jak to się przyplątało, nie mam pojęcia. mogę się tylko domyślać, ale po co się wkarwiać. więc tak sobie dłubie i dłubie restartuje, instaluje, dotykam, pieszczę, słodkie słowa mówię a i czasem mięchem rzucę. i mija godzina za godziną - bynajmniej się nie wlecze - wieczoru braknie aby wszystko wyprostować, ale co tam, głowa do góry i przed się, heja!

tylko za oknem jakoś tak szaro i bieli brak
słowa grzęzną w obłokach pary
nie do wiary, jak dla wielu niewiele znaczy
zwykły, niepowtarzalny dzień

i tak to u mnie dziś mija, metodycznie do przodu start, restart, progresowanie, and turnoff.
i niby wszystko gra i działa jak należy, ale w głowie jakoś tak tęskno za ogrodem.