niedziela, listopada 06, 2011

przy niedzieli

potrzebuję się wyciszyć, bo niedziela, bo koniec tygodnia...
ale dlaczego nie zmienić reguł? chyba od zawsze, a przynajmniej od kiedy sięgam pamięcią, poniedziałek był dniem, w którym wszystko się zaczynało. a to jakieś postanowienia, a to luźne pomysły, kiedy by człowiek na coś nie wpadł, zawsze odkładało się do poniedziałku. no chyba, że tylko ja tak miałem.
no ale co tam, było minęło.



dziś potrzebowałem się wyciszyć. dlatego postanowiłem w tej intencji pomedytować no i wyszło tak jak należy, a przy okazji jakiś szkic się przytrafił, więc dlaczego czekać z tym do poniedziałku? nie wiem.


ale jedno wiem na pewno, jutro też pomedytuję.
przecież to jest dzień jak co dzień. każdy z nich jest dobry na to aby umrzeć, odrodzić się, lub cokolwiek innego, co tylko sobie jesteśmy wstanie wymyślić. bądźmy panami swoich myśli i nie bójmy się marzyć. tego sobie i wam życzę.

poniedziałek, października 31, 2011

happy halloween *

na pewno każdy z was myślał kiedyś o nieśmiertelności. ale czy ktokolwiek zastanawiał się o jej skutkach? prawdopodobnie dla kilku nieznudzonych życiem jednostek będzie to strzał w przysłowiową dziesiątkę, ale co z resztą ludzkości?

naukowcy dwoją się i troją nad przedłużeniem naszego życia, ale czy tak na prawdę ma to jakikolwiek sens? z ewolucyjnego punktu widzenia wydaje się, że nie. dlaczego? otóż, z tego co mi wiadomo, a co może zauważyć każdy rozsądny człowiek, jak na razie dzięki wciąż rozwijającej się medycynie, naukowcom udaje przedłużyć się nie naszą młodość, ani nawet wiek średni, a tylko naszą starość. wydaje się, że to nic strasznego. ale czy aby na pewno?



w tym wywodzie pomijam takie aspekty jak wiek produkcyjny, czy też społeczny pożytek ludzi starszych z jednego ważnego powodu, naukowcom jak do tej pory nie udaje się zapanować nad naszą pamięcią. niby nic, a jednak coś jest na rzeczy. osobiście nie potrafię sobie wyobrazić społeczności składającej się z setek, tysięcy a nawet milionów jednostek niepamiętających kim są i co ważniejsze dlaczego są!


a teraz odrobinę przemyśleń na temat dlaczego warto umrzeć w swoim czasie.

  1. pożywienie - żyjemy w czasach, w których dość dobitnie mówi się o milionach ludzi, dla których go brakuje. wg. raportu ONZ właśnie dziś naszej planecie stuknęło 7000 000 000 (słownie siedem miliardów) ludzi. co to znaczy? no cóż, pamiętam, że podczas edukacji wczesnoszkolnej na lekcji geografii, nauczyciel coś mówił o czterech miliardach. minęło paręnaście lat i ludzkość zwiększyła się niemalże dwukrotnie, przy czym nie specjalnie udało się zwiększyć ilość zasobów potrzebnych do wyżywienia. mało tego, wg. raportu tego samego ONZ zasoby naturalne maleją w zastraszającym tempie. chociażby tak wspaniałe i zdrowe ryby, przy tak intensywnym odłowie znikną z naszych mórz już w 2050 roku. dla lasów pozostaje tylko kolejnych kilkaset lat, a obszary chronione takie jak rezerwaty pozostaną tylko miłym wspomnieniem.
  2. woda - już dziś słychać o malejących zasobach naturalnych wód słodkich tak niezbędnej do życia dla wielu organizmów. oczywiście ktoś może powiedzieć, że przecież są morza i oceany, niemalże nieograniczone źródła wody, które wystarczy tylko odsolić. na dziś dzień, technologia odsalania jest nieopłacalna, więc należy się zastanowić, kogo będzie stać na takie dobro? jest i druga strona medalu. odsalanie wody co prawda pozbywa wodę soli, ale również wszystkie inne pierwiastki niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu, o czym wiedzą żeglarze korzystający z tego systemu.
  3. śmieci - według global footprint network w 2030 będzie ich tyle, że do ich składowania będziemy potrzebować drugą ziemię. cała radość tworzenia ma ten jeden mankament, że nie potrafimy przetworzyć odpadów, które podczas tego miłego procesu powstają.
  4. przeludnienie - anomalie pogodowe znane są już od kilkunastu lat. istnieją różne wersje tego, jak wpłyną na nasze życie za kilka, kilkadziesiąt bądź kilkaset lat. należy  jednak się spodziewać, iż obszary możliwe do zaludnienia będą się kurczyć, a to za sprawą topniejących lodowców, podwyższających się temperatur, czy też patrz punkt trzeci śmieci, które w zatrważającym tempie zabierają nam życiową przestrzeń. faktem już zauważanym jest to, że miejsca przyjazne do zamieszkania się kurczą, a co za tym idzie wzrośnie zaludnienie na metr kwadratowy. idąc dalej tym tropem zwiększy się też rozprzestrzenianie się bakterii, wirusów i wszelkiego innego ustrojstwa, które bardzo skutecznie utrudni nam cieszenie się życiem (nie mówiąc już o samym komforcie z posiadania kawałka swojej przestrzeni).


jak widać z powyższego, komfort życia z każdym rokiem maleje, bądź będzie maleć przy współczesnym modelu eksploatacji naszej planety. a co za tym idzie? z każdym dniem wzrasta zagrożenie wojnami o podstawowe zasoby (i nie mam tu na myśli ropy, a chociażby coś tak banalnego jak wodę). co gorsza, medycyna nie jest w stanie przedłużyć nam młodości. jedyne co jest nam w stanie zaoferować to niską jakość końcowego etapu naszego życia, które proporcjonalnie jest najdłuższe. 


oczywiście to wszystko co napisałem wyżej może okazać się kolejną mrzonką, na temat tego jak żyć. jednak w obliczu powyższych faktów nasuwa się pytanie, czy warto być nieśmiertelnym? 

ja wiem jedno. chcę umrzeć powoli i świadomie pochłonięty przez morskie fale. 
a wy jakie macie pomysły? 

motywacją do odpowiedzi na te pytania może być film japończyka shohei imamury 'ballada o narayamie', w którym babcia wybija sobie zęby, by syn zaniósł ją na górę narayama, gdzie wg. tradycji śmierci oczekują starcy z wioski. dla tej rodziny śmierć jednej osoby (najstarzej, z racji na wiek bezproduktywnej) daje szansę na przeżycie nowo narodzonego dziecka. i może to się wydawać niehumanitarne, okropne, bezlitosne, ale wystarczy cofnąć się w czasie o kilka stuleci, by zrozumieć, że wtedy ewolucja sama sobie z tym problemem radziła. 
jesteśmy ludźmi i tylko ludźmi. i niestety nasz strach przed śmiercią wykorzystujemy przeciwko sobie samym wszyscy razem i każdy z osobna. 






* rozważania oparte o miesiące przemyśleń skorelowane artykułem: "piekło życia wiecznego", przekrój z dnia 31.10.2011

czwartek, września 29, 2011

bez ładu i składu

po raz kolejny wczytuję się w krzepkowskiego, który przenosi mnie do świata, gdzie ludzkość aby przeżyć musi kolonizować inne planety. nie do końca jestem przekonany, czy akcje kolejnych jego opowiadań toczą się w  nam znanym układzie słonecznym, czy już czytelnik jest przenoszony daleko poza jego obszar. bynajmniej zwarta akcja podzielona jest pomiędzy poszczególnych obserwatorów-bohaterów, tak jak ma to w zwyczaju, więc czasami ciężko jest się połapać w fabule. jednak jest coś niesamowitego w jego książkach. najzabawniejsze dla mnie jest to, że nawet jak czytelnik wraz z bohaterem trafia na chwilę na ziemię, to wydaje mu się ona taka... nudna, tak chyba to jest dobre słowo. 
nie wiem co takiego kierowało andrzejem do pisania tak zakręconych opowiadań, jednak wiem, że jest świetnym obserwatorem i narratorem i jego powieści łyka się jak pigułki na sen. 
no właśnie jeżeli mówimy o snach, to krzepkowski jest doskonałym ich inkubatorem.


i jeszcze jedno, za oknem słonecznie i wietrznie. tak jak lubię.
od rana próbowałem przepedałować kilkadziesiąt kaemów, jednak po dwudziestu już miałem dość. może to i lepiej? jestem w lekkiej rozsypce więc nie czuję się zbyt komfortowo poza murami, a tu przede mną weekend, woda i żagle. taniec na ostrzu brzytwy czas zacząć! 

wtorek, września 06, 2011

bałtyk

bałtyckie morze, takie 'nasze' a takie przez wielu nieodkryte. do tej pory znałem jego fale zaledwie z kształtów piaszczystych plaż północnej Polski. teraz jednak poznałem jego przyjemne falowanie z samego wnętrza. miałem okazję wypłynąć w jego otchłań, a sam Bałtyk okazał się dla mnie i załogi z którą płynąłem wyrozumiały. zadowolił się mizerną daniną jaką co niektórzy mu oddali i pozwolił po tygodniu tyry wrócić do domu.
ale nie było znowu tak bardzo łatwo.


w dniu zaokrętowania, nie chciało nas morze wpuścić na swoje łono. w cichej przystani w niemieckim Greifswaldzie przy wyskokowych napojach wyobrażaliśmy sobie jak to jest na morzu podczas 7B. bo właśnie tego dnia i przez całą noc huczało w komunikatach pogodowych od ostrzeżeń przed rychłym sztormem, a cogodzinne prognozy prorokowały właśnie siódemkę. więc siedzieliśmy, roztargnieni kilkugodzinną nocną jazdą (w linii prostej 600km), kilkugodzinnym odbiorem jachtu i ształowaniem, oraz już chyba nawet kilkugodzinnym popijaniem trunku - jak mawiał nasz kapitan - 'na myszach pędzony'. humory wzrastały wraz z wypogadzającą się nocą (w którymś momencie przestało wreszcie padać, port przywitał nas deszczem o różnej skali intensywności od ulewy po mżawkę i tak paręnaście razy w ciągu doby) i podnieceniem, które czyhało za każdą mijającą minutą naszej bałtyckiej przygody. wreszcie zmęczenie opadło na powieki i nawet najtwardsi spośród twardzieli nie zdołali oprzeć się pokusie bogini Nyks, która czule otoczyła nas welonem nocy.


o poranku życie nabrało barw o odcieniu delikatnego kaca przegryzionego z mgliste przez pochmurne. no ale przecież nikogo z nas to nie ruszało. szybkie śniadanie, poranna toaleta i prysznic postawiły nas nogi. już tylko kilka godzin dzieliło nas do otwartego morza. kilka godzin, jedna rzeka, jeden most zwodzony, jedna zatoka i już - morze w całej swej okazałości.
po przebrnięciu przez rzekę i przeprawieniu się pod zwodzonym mostem w malowniczym miasteczku Wieck wyszliśmy na zatokę. no cóż, można śmiało powiedzieć, że spodziewaliśmy się czegoś innego a zastaliśmy pięknie gładką taflę wody i wiatr w porywach do 5 węzłów (zdecydowanie za mało aby uprawiać żeglugę na jachcie morskim). niezrażeni powitaniem, zaczęliśmy wdrażać się w system wacht, poznawaliśmy działanie patentów na jachcie, uczyliśmy się sprawnie po nim poruszać - słowem uczyliśmy się naszego domu, którym bez wątpienia stał się na okres tygodnia nasz dzielny jacht. przy łagodnym bujaniu wchodziliśmy w rutynę dnia mierzoną nie godzinami a wachtami. w ciągu tego dnia udało nam się opisać wszystkie fały, rozpracować system szotów oraz wgryźć się w elektronikę, której nie poskąpiono. mieliśmy dwa plotery z mapami i nawigacją, przyrządy pomiarowe wiatru, prędkości, głębokości, temperatury wody (która zawsze wskazywała 54.6) autopilota, radar, stację pogodową, radio ukf. opatrzyliśmy się również z instrukcjami obsługi środków bezpieczeństwa, tratwą, racami itp. słowem dzień pełen wrażeń, a przed nami niechybnie czekała nas noc na morzu.
bez wątpienia zmorą pierwszych dwudziestu kilku godzin na morzu, był brak wiatru, a chwilę po północy gęsta mgła. jacht miał niecałe dwanaście metrów długości i trudno było dojrzeć dziób w jej wilgotnym, chłodnym tchnieniu. i właściwie nie byłoby żadnej sprawy i o czym opowiadać, gdyby nie to, że kurs nasz wiódł nas prosto w poprzek czteromilowego pasa ruty, po której zwyczajowo poruszają się olbrzymie jednostki transportowe. masowce, kontenerowce, tankowce, promy, to wszystko pływało przed nami, a my zawieszeni we mgle bardzo ostrożnie posuwaliśmy się małą naprzód. przez kilka godzin szliśmy wzdłuż, czekając aż mgła się podniesie, co oczywiście stało się dopiero godzinę lub dwie po świcie. całą noc rozkminiałem wszelkie bajery jakie udostępniał radar. przez chwilę poczułem się nawet jak kontroler lotów na wierzy. niestety apetyt radaru na prąd zmusił nas do odpalenia kataryny i zaaplikowaniu dawki energii w akumulatory. chwilę przed wejściem na rutę zrzuciliśmy żagle i pozostaliśmy już tak do samego portu w Ronne na Bornholmie. po 26 godzinach żeglugi udało się dotrzeć cało i zdrów do pierwszego z portów na wyspie. sukces zwieńczyliśmy tradycyjnym toastem 'za ocalenie' i wróciliśmy każdy do swoich zajęć. Ci co mogli spali, inni zwiedzali, jeszcze inni kambuzowali. powoli wachtowa rutyna stawała się nawykiem.


kolejne godziny obrastały rutyną podrywaną wraz z pianą z bryzgów fal, które kolejnego poranka zaczęły czesać morze. ale i tak wszystko było jeszcze przed dzielną załogą 'malika'.
'malik' jest jachtem typu 'bavaria' zaliczonym dzięki stopą do klasy 38, co daje nam nie całe 12 metrów długości i 3,90m szerokości. wysokość od lustra wody do topu masztu wynosiła coś ok. 18 metrów. całkiem nieźle. uposażony na 'bogato' z każdym dniem dodawał nam nowych wrażeń. żagla na 'maliku' też było niemało w sumie coś koło 80m kw. więc jak już dmuchnęło było co z tym płótnem robić. sama zabawa z elektroniką potrafiła wciągnąć mnie na długie chwile bujania, a już toaleta zwana na jachcie kingstonem to całkowity majstersztyk, pełen odlot - już chyba do końca życia nie zapomnę dźwięku popy kibelka. zresztą obsługa tego urządzenia również wymagała kilkuminutowego instruktażu. będąc tam pierwszy raz, zastanawiałem się po co jest handreling (uchwyt) pod umywalką, siedziało się całkiem miło i przyjemnie i doszedłem do wniosku, że nie potrzebne jest podtrzymywanie się. oczywiście złapałem go do ręki i stwierdziłem, że jest lekko obluzowany w punktach mocowania czego nie mogłem zupełnie pojąć. nawet myślałem przez chwilę kto dopuścił się takiego niedopatrzenia na jachcie tej klasy, ale wywnioskowałem, że nie stanowi to żadnego niebezpieczeństwa dla dalszej żeglugi i o temacie zapomniałem. aż do czasu, ale o tym może trochę później. z każdym kolejnym dniem, każdą godziną nabieraliśmy coraz więcej wprawy, czuliśmy się coraz pewniej na naszym jachcie. a jacht nas wynagradzał, coraz bardziej ochoczo podskakując na falach. no ale kolejny dzień zaczął powoli zbliżać się do końca. na kilka godzin przed zachodem słońca, chwilę po obiedzie zjedzonym na pełnym morzu doszliśmy do wniosku, że pora opuścić pokład plażowy i skorzystać z kąpieli w Bałtyku głębokim w tym miejscu na blisko 50 metrów. oczywiście odczekaliśmy swoje, aby obiadek się dobrze ułożył i hura! do wody. jak już wspomniałem wcześniej czujnik temperatury wody wskazywał stałe 54,6 stopni Celcjusza jednak nijak to miało się do rzeczywistości. ale aby być uczciwym muszę przyznać, że woda była tam cieplejsza niż na wybrzeżu w naszym kraju. starczyło tego na tyle aby po piętnastu minutach i rundzie wokół jachtu wyjść na słoneczko w pełni usatysfakcjonowany miłą odmianą od żaru lejącego się z nieba.
ale jak już pisałem wcześniej słoneczko chyliło się już ku zachodowi, a do portu pozostało jeszcze z 10 mil. wiać już dawno przestało, żagle opuszczone, więc nie pozostało nic innego jak odpalić katarynę i dopchać się do portu. tym razem wypadła moja wachta, więc do ostatniej komendy 'stoimy', która padła przy kei w Tejn stałem za sterem. a dalej to już wiadomo, 'za ocalenie', wachty wracają do zajęć, podwachty mają wolne, kambuźniki szykują jakąś szamę. 
wieczór nadszedł niespodziewanie szybko, wyluzowane wachty ochoczo zasiadły do kolacji, delikatnego napitku i talii kart pod tytułem poker - texas holden czy jakoś tak.
ja w między czasie sobie dumałem, że jednak podejście do portu łajbą, która waży ponad 7 ton, nie jest wcale takie łatwe. przy tych manewrach przydało się całe moje żeglarskie doświadczenie, z którego z miłą chęcią korzystałem. no i oczywiście stery strumieniowe na dziobie, bajer ponad bajerami. zdecydowanie ułatwiają manewry w ciasnych miejscach portu.  


kolejnego dnia rano, wszystkie wachty zostały wyluzowane do godziny 14-tej,  w celu odbycia parokilometrowej wycieczki do ruin zamku Hamershus. wyprawa tak samo ciekawa jak i ciężka, zwłaszcza w upalny dzień i na lekkim kacyku. pielgrzymki pod ruinami przypominały te z jasnej góry czy lichenia, ale jakoś się to całe towarzystwo w tych ruinach wymieszało i nie było tak najgorzej. fajnie bo ze szczytu klifu z muru obronnego przy tej pięknej pogodzie było widać wybrzeże szwecji oddalone od wyspy o niecałe 20mil. fajny widok w bezkresie morza wokół. 
na sesji fotograficznej zeszło nam ze dwie godziny, po których wyruszyliśmy w drogę powrotną. oczywiście wracając zahaczyliśmy o Allinge, bardzo ciekawy i zawsze zatłoczony port. droga powrotna trochę się nam przeciągnęła i do tejn dotarliśmy dopiero ze dwadzieścia minut po deathtime, przez co naraziliśmy się na gniew kapitana. jednak szybki obiad i uczucie sytości na powrót obdarzyło całą załogę dobrymi humorami i wszyscy radośnie powrócili na swoje stanowiska manewrowe gotując się do wyjścia z portu na kolejny nocny przelot.
zaczęło się niewinnie wiatr dochodził w porywach do 16 węzłów, co w skali beauforta daje sztywną czwórkę, czyli właściwie to co jachty morskie lubią najbardziej, no i ja też. ale to był dopiero początek.
ledwo wychyliliśmy się za południowo - zachodni cypel wyspy, dołożyło nam jeszcze ze 4 węzły (5 w skali beuforta), stan morza z 1-2 bardzo szybko podniósł się na 2-3 i zaczęła się jazda. na chwilę przed totalnym zachodem słońca zobaczyłem na skali wiatromierza 21 węzłów wiatru, później już przestałem zajmować się pierdołami a skupiałem się tylko na tym aby utrzymać jacht na kursie, a gdy kambuz szykował kolację próbowałem ku radości wszystkich, którzy jeszcze się potrafili cieszyć sytuacją 'jechać bruzdą'. tego wieczoru, a właściwie nocy wachta przedłużyła mi się ze standardowych 4h do 6, ale wziąłem to na siebie z całkowitą przyjemnością. 
aaa, bo bym zapomniał, w którymś momencie, jeszcze na chwilę przed wachtą poczułem, iż muszę się udać do kingstona na dwójeczkę. pamiętacie moje rozważania na temat handrelingu?, otóż okazało się, że przydaje się, bez dwóch zdań jest cholernie potrzebny.  usiadłem jak zawsze, i okazało się, że ta kobyła zaczęła wierzgać i to jak jakiś dziki zwierz, próbujący zrzucić ze swojego grzbietu niepokornego kowboja. istne szaleństwo. pierwsze co to łapię za handreling. mało tego, że zrozumiałem dlaczego się tu znalazł, zrozumiałem również dlaczego jest obluzowany. do tego okazuje się, że aby utrzymać się w siodle sam handreling nie wystarcza, więc zapieram się czym i o co mogę byle tylko wytrwać w postanowieniu nr 2. cała akcja trwała może ze 2 minuty, może 3. wyjść stamtąd okazało się również nie lada wyczynem, drzwi otwierały się do środka, co przy takim rozkołysie było trudne do przebrnięcia, bo albo dociskało się drzwi wchodząc na fale, albo się z nimi wpadało do kibelka z fali schodząc. i chociaż co siódmą falę następowała chwila ciszy przed dziadem (gdzieś 15 sek) to i tak trudno było wyczaić odpowiedni moment na wyjście. ale jak widać udało się. 
później to już z górki było. 


chwile po świcie wiatr dymał już równe 20 węzłów w porywach dokładał jeszcze ze dwa. zaraz przed wejściem na kurs pilotażowy w okolicach północnej części Rugii (szlak wodny tutaj o szerokości może ze 200m ograniczony znakami torowymi) założyliśmy pierwszy ref na grocie, zmniejszyliśmy jeszcze genue i byliśmy gotowi na kolejnych kilkanaście mil. 
mimo że żagle zrefowane w porywach wiatru dziobem i tak rzucało na każdą stronę do tego stopnia, iż miałem obawy czy te dwieście metrów aby wystarczą żeby się zmieścić. ale starczało za każdym razem. po kilku godzinach walki z jachtem weszliśmy w końcu na spokojne wody zatoki Wieck, bujało i owszem ale już nie tak stromo jak w nocy. po kolejnych kilku milach i opłynięciu całej masy zielonych i czerwonych boi kursowych dotarliśmy do portu w Lauterbauch. Dawno nie czułem się tak zajechany. mięśnie pleców paliły mnie żywym ogniem zakwaszonego mięśnia. jedyne o czym marzyłem to przybić do pomostu i zmyć z siebie noc ze świtem. Wreszcie udało się zmieścić między wyjątkowo wąskimi dalbami, rzucić cumy na pomost, stanąć i wypić za ocalenie. Jakieś śniadanie, prysznic i przy okazji niespodzianka - niemiecka policja zainteresowała się naszym wypasionym jachtem i wyposażeniem ratunkowym (gaśnice, tratwy, kapoki, itp). kupę zabawy było bo nasz niemczyk pod prysznicem, a niemieccy policjanci wodni ani mru, mru po angielsku. 
po raz kolejny sprawdziło się, że brać żeglarska sobie pomaga w chwili gdy z sąsiedniego jachtu (niemiecka załoga) przyszła pomoc w postaci tłumacza z niemieckiego na angielski i  w drugą stronę też. po dwudziestu minutach policja sobie poszła a sąsiedzi powiedzieli nam, że nie zaprasza się ich na pokład bo (jak zresztą się przekonaliśmy), są gotowi wywrócić go do góry nogami aby znaleźć coś co się nadaje do mandatu. Nam nie dali, ale chyba tylko dlatego, żeśmy zaczęli sobie z nimi zdjęcia robić, co niewątpliwie zmobilizowało ich do szybszej pracy. 
po szybkim drugim śniadaniu ekipa poszła się rozglądać po mieście a ja po prysznicu poszedłem odespać zwariowaną nockę. żeby było śmieszniej właściwie większość mojego spania odbywało się za dnia w portach, lub na kilka chwil po wyjściu z ich główek, jakoś nie miałem głowy do tego aby na morzu spać, wokół tyle się działo...
wieczorem po obiadku dołączyłem do grupy zwiedzających i przespacerowaliśmy się do Putbus. właściwie żywego ducha po drodze ani na miejscu nie udało się spotkać, ale było koło 21-wszej, więc można było się tego spodziewać. 
po kolejnej godzinie marszu wróciliśmy na jacht. już z daleka można było usłyszeć ożywione rozmowy pozostałej załogi, więc z trafieniem nie mieliśmy problemu. wieczór kapitański mijał w dobrych humorach, każdy mówił o swoich odczuciach sympatiach i antypatiach morskich, piliśmy wino, piwko i co tam jeszcze w butelkach było. co niektórzy   przemęczeni ciągłym odsypianiem położyli się spać, ale wszyscy już gdzieś w głowach mieliśmy, że niechybnie zbliża się koniec naszej przygody. 
nad ranem kończyła się moja wachta, więc po wyjściu z portu w kierunku Greifswaldu zległem na dwie godzinki w koi. od tej chwili wszystko kręciło się jakby w przyspieszonym tempie. zatoka, kanał, most zwodzony, po drodze tankowanie by wreszcie dotrzeć na miejsce do portu docelowego. tam szybkie rozształowanie jachtu, gruntowne sprzątanie i na końcu miłe zaskoczenie na twarzy bosmana odbierającego jacht, który z wielkim zdziwieniem stwierdził, że jacht w lepszym stanie przypłynął niż wychodził z portu.




rejs morski jest fantastyczną formą relaksu, oderwanie się od spraw codziennych jest na jachcie pośrodku morza bardzo łatwe. kończą się komórki, coś takiego jak internet nie ma racji bytu, dookoła tylko wiatr, fale i plusk wody rozbijającej się o kadłub jachtu. to wycisza z wielką mocą. a choroba morska? no cóż, ja na tą chwilę mogę włożyć ją na półkę z mitami. chociaż kilka osób zapoznało się z nią, mnie to jakoś obeszło. według mnie, wszystko jest tylko kwestią nastawienia. jedno wiem na pewno, jak już kogoś to dopadnie, to nie ma co się z tym męczyć, tylko walnąć daninę morzu za burtę i położyć się spać, a po przebudzeniu nikt już o tym nie będzie pamiętać, nawet sam zainteresowany. tak to działa w większości przypadków.

niedziela, sierpnia 21, 2011

bałtyk drugi

o to krótka relacja wideo z rejsu. troszkę widać jak bujało, jednak człowiek straci młodość i zdrowie zanim uda mu się oddać prawdziwą jazdę na fali. chociaż w pewnym momencie przychodzi moment, że już nie myśli o niczym innym jak tylko o tym by się czegoś trzymać ;) 


sobota, sierpnia 20, 2011

bałtyk pierwszy

o proszę taka o to notka prasowa w dziale sportowym się ukazała na temat mojej przygody z bałtykiem ;)
miłej lektury. później zamieszczę bardziej obszerny zapis z wyprawy...


niedziela, lipca 17, 2011

swobodne przemijanie pośród martwej kakofonii lazurowych dźwięków

nazbyt często zapominamy kim jesteśmy. zagonieni obowiązkami wykrzykujemy coś do telefonów naśladując dźwięki rozmów. brakuje nam czasu, żeby choć przez chwilę zrobić coś dla siebie. a warto każdego dnia na chwilę się zatrzymać. przycupnąć gdzieś zboku głównego nurtu życia by przez chwilę cieszyć się przemijaniem.