środa, czerwca 10, 2009

zapach ozonu zawsze w cenie


kiedyś będąc młodszy o zdecydowanie naście wiosen, uprawiałem coś na wzór polowań na burzę. a że latek było mniej i rozumu nie tyle co dziś, biegałem po rzecznej dolinie z metalowym prętem od zasłony prysznicowej w dłoni. miałem szczęście
, gdy łaskawy perun lub thor (nie wiem który był dla mnie ważniejszy), zapewne rozbawiony śmiesznie wyglądającym chłopcem, pchnął gromem jakieś 70 metrów ode mnie - zaraz po drugiej stronie rzeki. padłem twarzą w błoto, ścięty z nóg mocą jaka się przede mną ukazała, zauroczony i napiętnowany już do końca swoich dni. oczywiście wtedy nie byłem taki zachwycony. mało tego ogarnął mnie paraliżujący strach i pewnie gdybym tylko choć na chwilę przestał o tym myśleć na pewno poczułbym jak mi się nogi trzęsły, a właściwie jak się trzęsie całe ciało. może sobie ktoś pomyśleć: ale z niego cymbał albo, po co to komu? no ale cóż, wciąż tu jestem. minęło kilkanaście lat i do tej pory nie poznałem nikogo, kto by aż tak namacalnie doświadczył burzy. a po co to mi było? sam nie wiem co mną wtedy kierowało, może mitologia, w której się wtedy nurzałem co nocy, a może inne szkolne lektury. jednego jestem pewien: zapach ozonu, jaki wtedy czułem zapamiętam do końca swoich dni.

1 komentarz:

Anka W. pisze...

Moje gonienie burzy jednak zdecydowanie bezpieczniejsze :)