poniedziałek, maja 10, 2010

kolejny scenariusz na koszmarny sen



środek nocy. po ciężkiej fazie ciągłego wiercenia się w łóżku, wreszcie odnajdujesz tą wymarzoną pozycję. jedyne co ci pozostało, to oczekiwanie na zbawienny sen, który zresztą przychodzi tak nieoczekiwanie, jak nieoczekiwanie mogą pojawiać się tylko sny.


 jesteś w pięknym salonie umeblowanym stylowymi meblami z XIX wieku. z każdego miejsca salonu, w rytmie wesoło buzującego się  płomienia w kominku, przemawiają do ciebie głosy bogatej historii, która przez ostatni wiek tutaj się musiała toczyć. świece, szampan, owoce na stole sprawiają, że powietrze przyjemnie wibruje, a do tego wszystkiego-przyjemnie zniewalające ciepło – uczucie, o jakim zawsze marzyłeś.


 odchodzisz od stołu, aby położyć się na dywanie, który przyjemnie pieści twoje nagie stopy. nie wiedzieć czemu, w otwartych drzwiach salonu – tych od strony stylowej łazienki – wychodzi ona, dziewczyna z obrazka. pierwsza, do której zapałałeś żądzą posiadania już w dzieciństwie. ta, która kształtowała później twój charakter, twoje libido. wyimaginowany wzór, do którego przez całe życie dążyłeś w kontaktach (zresztą nieudanych) z kobietami.


 stoi tam w drzwiach popijając szampana i pożądliwie patrzy na ciebie. zdecydowanym, jednak niezbyt wulgarnym gestem zapraszasz ją do siebie. niczym anioł unoszący się nad ziemią, zbliża się do ciebie swoim delikatnym krokiem. odstawia szampana, i prosi cię do tańca. jej zwiewna koszula nocna, nie jest wstanie ukryć całego piękna w nią spowitego, więc nie potrafisz powstrzymać erekcji, którą ona na pewno zauważyła. tanecznym krokiem, w rytmie walca prowadzi cię ku drzwiom sypialni. otwiera je, a tam wielkie łoże z baldachimem odziane w jedwabną pościel koloru rodzącej się gwiazdy. na wprost łoża kominek tryskający ciepłą energią, rzucający cichy pomruk światła na całą sypialnię. gestem dłoni zaprasza cię od środka. onieśmielony swoim szczęściem wchodzisz, aż tu nagle…
 


ze wszystkich stron rozbłyskają się nerwowe światła jarzeniówek, niepewnych swojego zadania. szum wielkich klimatyzatorów sprawia, że czujesz się przytłoczony, wypompowany z wszelkiej nadziei jutra. rozglądasz się i zauważasz, że jesteś w wielkim hipermarkecie w trakcie któregoś ze świątecznych weekendów.  
 nagle podchodzi do ciebie piękna hostessa ubrana w wielką pieluchę proponując ci niesamowicie niską cenę na zakup jednego z jej produktów. nie wiedzieć, czemu bierzesz roczny zestaw dla dziecka do trzech i pół kilograma. próbujesz umówić się z jakże piękną, aczkolwiek z racji pieluchy śmiesznie wyglądająca hostessą, gdy z innej strony podchodzi kolejna, o jeszcze piękniejszych rysach twarzy. tym razem ubrana w coś, co przypominać miało szminkę do ust. po krótkiej chwili była następna i jeszcze jedna, i kolejna, aż w końcu zacząłeś odczuwać klaustrofobie – uczucie, którego nigdy nie poznałeś, zaatakowało cię z niebywałą precyzją i siła. porzucając swój kosz pełen pieluch, szminek, rajstop, i bóg wie, czego jeszcze, zacząłeś czym prędzej uciekać do wyjścia. oszalały ze strachu musisz, co chwila zmieniać kierunek ucieczki, ponieważ zdziczałe z zaangażowania panie od promocji torują ci drogę, proponując co chwila nowe zakupy w jakże okazyjnych cenach w to świąteczne popołudnie.

wreszcie tak oczekiwanie, a zarazem jakże niespodziewanie znajdujesz się na parkingu. idziesz do swojego samochodu nie zwracając na razie uwagi na blask bijący z otoczenia. przecież dobrze pamiętasz, gdzie zaparkowałeś swoje srebrne taco, chociaż wcale nie kojarzysz abyś dzisiaj w ogóle do niego wsiadał. w końcu dochodzisz do swojego sektora. sektor b -twój ulubiony. od samego początku istnienia tej galerii handlowej, zawsze tam parkujesz swoje autko. miejsce tak naprawdę, w żaden sposób nie wyróżnia  się od pozostałych na tym parkingu, ale ty wiesz, że ono jest twoje. podczas wielu lat robienia tutaj zakupów, tylko raz twoje miejsce byłe zajęte. rozczarowany wróciłeś do domu, rozważając nawet napisanie petycji do kierownika galerii z zażaleniem, ale jakoś wypadło ci to z głowy.


 więc jesteś w swoim ulubionym sektorze i nagle po raz kolejny zaczynasz powątpiewać. stajesz, niepewnie się rozglądając, a dookoła ciebie jak parking długi i szeroki wszędzie stoją zaparkowane srebrne taco. powoli jednak wytrwale idziesz w kierunku twojego miejsca parkingowego. zadziwiające?! - pomyślałeś, jaki wielki zbieg okoliczności. do tej pory myślałeś, że jesteś jedynym posiadaczem srebrnego taco w tej trzymilionowej metropolii, a tu taka niespodzianka?


 po krótkiej chwili kontemplacji odzyskałeś równowagę i ruszyłeś dalej nieco żwawszym krokiem, ponieważ w tej chwili zobaczyłeś wypływające nagle ze wszystkich wyjść setki hostess, które biegły w twoim kierunku. z szybko bijącym sercem dobiegłeś do swojego - wydawać by się mogło – samochodu, jednak nie zareagował on na pilota swoim standardowym „piok-piok”. mało tego, kluczykiem też nieudało ci się otworzyć jego drzwi. zdezorientowany zacząłeś uciekać pośród tysięcy srebrnych taco, chaotycznie wciskając guzik od pilota. pośród wrzasków awanturujących się hostess wydawało ci się jakbyś usłyszał swoje autko, w przyległym do twojego sektorze. udałeś się w tamtym kierunku nie dbając już o nic. chciałeś już tylko znaleźć się w swoim małym przytulnym srebrnym taco, jakby właśnie tylko tego ci brakowało do wyjścia z tej dziwnej sytuacji. kiedy już zbliżyłeś się do źródła dźwięku o tonie przypominającym wyposażone w standardowy alarm taco, okazało się, że to było dziecko z zabawką modulującą takiż sam dźwięk „piok-piok”. oszalały z przerażenia udałeś się w innym kierunku, z którego dobiegł cię twój wybawiający dźwięk, jednak okazało się, że na parkingu pośród srebrnych taco, jest więcej dzieci z zabawkami.  


 zamroczony srebrnym blaskiem bez nadziei na ratunek położyłeś się na jednym z niewielu trawników pośród całego parkingu, oczekując na sąd ostateczny, wymierzony z rąk pięknych hostess przypominających pampersy, szminki, rajstopy, obrzydliwie wielkie tipsy i jeszcze wiele innych zupełnie nie potrzebnych produktów kawalerowi takiemu jak ty. 


- bez sensu? – pomyślałeś, jak mało trawników znajduje się na parkingach wielkich centrów handlowych.
 już zacząłeś układać w głowie list z zażaleniem do dyrektora twojej galerii, kiedy dopadła cię pierwsza z hostess tym razem ubrana w wielki but na szpilce, a potem następna przypominająca krem na zmarszczki i jeszcze jedna. już miałeś eksplodować ze strachu i złości, kiedy nagle tuż obok krawężnika, na którym spoczywała twoja głowa usłyszałeś swoje zbawienne „piok-piok”. dopiero teraz zauważyłeś jak zbielał twój kciuk od kurczowego wciskania guziczka na pilocie. odwróciłeś głowę, i ujrzałeś bez wątpienia twoje srebrne taco. resztkami sił przetoczyłeś się z krawężnika i …


wreszcie koniec! – wzdychnąłeś – dziwne, jak pięknie wygląda szósta godzina o poranku z perspektywy podłogi i pracy, która cię dziś czeka po tak realnym koszmarze! spocony jednak zadowolony podnosisz się z dywanu siadasz na łóżku, kiedy nagle dobiega cię „piok-piok”. odruchowo w myślach skanujesz mieszkanie szukając kluczyków, ale nie, przecież to dźwięk budzika ze stolika nocnego.  


szósta dziesięć czas wstawać i szykować się do pracy.  

Brak komentarzy: